Jest sporo kwestii, które mimo dobrych przeczuć mogą ostatecznie spowodować, że pierwsza randka okaże się tą ostatnią. Znacie ten schemat? Dreszcze z ekscytacji od momentu, gdy zaczynacie się szykować do wyjścia, głębokie przeczucie, że on naprawdę dobrze rokuje i właśnie zaczyna się nowy etap waszego życia, by po kilku godzinach stać się bohaterką zupełnie innego, też dobrze znanego scenariusza.

Póki jesteśmy na początku tej historii, warto od razu ustalić zasady gry. A więc m.in. - kto płaci za pierwsze spotkanie. Mężczyzna? Gest dawniej ceniony jako okazanie troski i oznaka męskości, dziś odbierany jest raczej jako wyraz grubiaństwa i patriarchalnych zapędów. Sprawa dodatkowo komplikuje się, gdy np. na randkę wybierają się dwie dziewczyny. Plus w dobie walki kobiet o równe prawa, pozwolenie mężczyźnie wziąć na siebie rachunek dodatkowo mogłoby wskazywać na to (niestety wciąż słusznie), że to on w naszym mniemaniu jest połówką z grubszym portfelem (jeśli wierzyć statystykom, różnica w zarobkach obu płci na tym samym stanowisku na etacie wynosi 14%).

Co, jeśli dręczone różnymi pobocznymi, typowymi dla pierwszej randki kwestiami, nie możecie nic przełknąć? Albo jeśli jest bardzo dobrze i po fantastycznej kolacji oboje w tym samym momencie rzucacie hasło, że bierzecie to na siebie? Albo on nalega, żeby zapłacić? W tej ostatniej opcji zakładając, że było naprawdę dobrze, nie będzie dużej ujmy na honorze, jeśli po prostu pozwolicie im to zrobić. Zawsze można zaproponować kontynuowanie wieczora w innym miejscu i zająć się rachunkiem za drinki albo potraktować to jako dobry pretekst do rewanżu następnym razem.

Jeśli jest dokładnie odwrotnie i chcecie, żeby ten wieczór jak najszybciej przeszedł do historii, najlepiej wziąć rachunek na pół, czyli każdy płaci za siebie. Tak czy owak, niech rozwiązanie tej kwestii zagra na waszą korzyść i nie pozwoli zepsuć czegoś, co z definicji dane jest tylko raz.